Gribanowa

Osiedle o powyższej nazwie, do którego nas przywieziono, składało się z jednego dużego baraku i kilku mniejszych budyneczków. Wszystkie one, podobnie jak w całej Rosji, a szczególnie na Syberii, pobudowano z okrągłego drzewa iglastego, na stykach uszczelnionego mchem, krytym drewnianymi deszczółkami, zwanymi gontami. Sanie zatrzymały się naprzeciwko największego baraku, do którego kazano wprowadzić się, a opróżnione sanie wróciły z powrotem po następną, pozostającą w wagonach, grupę zesłańców.

Przeznaczony do zasiedlenia barak posiadał około 40 m długości i 14 m szerokości. Podzielony był na 4 niezależne pomieszczenia, każdy posiadający oddzielne wejście z zewnątrz. W pomieszczeniach znajdowały się dwa rzędy drewnianych pryczy, a na środku stała żeliwna kuchenka, służąca do gotowania i jego ogrzewania. Żadnych innych urządzeń nie było. W zależności od liczebności rodziny, przydzielono jedną lub dwie prycze. My na pięć osób otrzymaliśmy dwie. W nowym lokum zaczęliśmy się urządzać. Tobołki z pościelą i ubraniem lokowano na pryczy a pozostałe przedmioty układano pod nią. Prycze wykonane były z desek o kształcie prostokątnego stołu o szerokości l metra i długości 2 metrów. Na takim łożu miało spać co najmniej 2, a często i więcej osób.

Przed wieczorem przywieziono ze stacji kolejowej pozostałe rodziny, napełniając nimi barak do granic możliwości. Prycze stały obok siebie, jedna przy drugiej, a pomiędzy poszczególnymi rodzinami pozostawała wąska przestrzeń kilkudziesięcio centymetrowa, pozwalająca na dojście do niej. Lokum to służyło do spania, przechowywania swego dobytku oraz do spożywania pokarmów. W każdym spośród 4 pomieszczeń baraku ulokowano około 30 rodzin, razem około 120. Stało się w tych pomieszczeniach tłoczno i gwarno. Rozpalono w kuchence, aby rozgrzać wychłodzony, niezamieszkały dotąd barak oraz ugotować wodę lub jakiś pokarm, jeżeli któraś z rodzin posiadała jeszcze zapas żywności. Zaczęto poszukiwać do tego celu wody, ale okazało się, że żadnej studni na posiołku nie ma, a jedynym źródłem tego płynu jest śnieg oraz pobliski teren bagienny. Powierzchnia grzejna kuchenki umożliwiała postawienie na niej 4 garnków, a ponieważ każda z 30 rodzin, znajdujących się w pomieszczeniach, chciała coś zagrzać lub ugotować, pozostali zmuszeni byli czekać w kolejności, co doprowadzało do sporów i kłótni o dostęp do piecyka.

Oprócz zasiedlonego zesłańcami baraku, znajdowało się obok kilka mniejszych, w których ulokowana była kuchnia, sklep do sprzedaży chleba i komendatura NKWD z aresztem. Po zasiedleniu baraku powiadomiono przybyszów o możliwości otrzymania zupy i chleba. Ruszyliśmy po zaopatrzenie, wielu przesiedleńców już żadnych własnych zapasów, nadających się do spożycie, nie miało. Niektórzy posiadali zboże wymagające zmielenia, aby można go było użyć do gotowania. Nie było jednak dane nam zaspokojenie głodu, spowodowanego bardzo sporadycznym dostarczeniem żywności w czasie jazdy transportu. Otrzymana w kuchni zupa okazała się bardzo rzadką lurą, w litrze której (a były to dwie porcje) z trudnością udawało się znaleźć pół twardego, nie nadającego się do ugotowania, na skutek zamarznięcia, ziemniaka i gdzieniegdzie pływającymi listkami, również zamarzniętej kapusty. Otrzymany w sklepie na rodzinę l kg chleba, też nie mógł zaspokoić uczucia głodu, gdyż jego gliniasta, nadmiernie uwilgotniona konsystencja i zupełnie ciemny wygląd, czyniły go ciężkim i w normalnych warunkach bytowych, nieapetycznym produktem. Pomimo jego jakościowych braków, na zesłaniu wszystkim bardzo smakował i stale odczuwano jego niedostatek. Na każdego z nas przypadła kromeczka chleba i nieco tzw. zupy - wody w ilości około l szklaneczki.

Nastał wieczór, przy świetle lamp naftowych zaczęto przystosowywać prycze do odpoczynku. Niezaspokojony głód chciano zrekompensować wreszcie spokojnym snem, nie narażonym na stukanie, szarpanie, kołatanie i inne dolegliwości trwającej przez miesiąc wszelkich niewygód, podróży. W dniu następnym barak lustrowało 2 mężczyzn: znany już nam z Ałzamaju w czasie przeładowywania się z wagonu na sanie naczelnik i młody, szczupły ubrany w wojskowy ubiór i uzbrojony w pistolet ręczny, umieszczony przy pasie w kaburze, przedstawiający się jako komendant NKWD. Oznajmiono nam, że jesteśmy "specperesiedleńcami" czyli przesiedleńcami specjalnymi, pozbawionynymi wszelkich praw, podlegamy komendantowi NKWD. Bez jego zgody nie wolno zesłańcom nigdzie od baraków odchodzić, z wyjątkiem pracy w lesie. Nie stosowanie się do poleceń komendanta karane będzie aresztem lub tiurmą (więzieniem). Ktoś z Polaków, chcąc o coś zapytać, zwrócił się do funkcjonariusza NKWD "tawariszcz komendant", bo w taki sposób wszyscy Rosjanie najczęściej do siebie zwracali się. Ten z miejsca odparł: "Ja dla was nie tawariszcz" i pouczył jednocześnie, że powinniśmy się zwracać do wszystkich urzędników sowieckich słowem "grażdanin" (po polsku oznaczało to "Obywatelu"). Jako zesłańcy, pozbawieni jakichkolwiek praw, zrozumieliśmy, że używanie słowa "tawariszcz" jest dla Polaków niedozwolone. Z informacji i poleceń wydanych przez komendanta nie ulegało wątpliwości, kim na zesłaniu jesteśmy. Staliśmy się więźniami w miejscu naszego tymczasowego zamieszkania, aczkolwiek nie było na nim murów więziennych, bram i wieżyczek strzeżonych przez funkcjonariuszy. Spośród znanych mi deportowanych nie znałem przypadku, aby ktoś odważył się zbiec. Od naszych rodzinnych stron dzieliła nas olbrzymia odległość. Do Uralu, czyli europejskiej części ZSRR było około 3 tys.km. Na tej przestrzeni znajdowała się tylko jedna transyberyjska linia kolejowa i tylko nią mógł ewentualny uciekinier próbować szczęścia. Było fizyczną niemożliwością, aby zesłaniec, nie posiadający jakichkolwiek dokumentów, mógł przejechać tak dużą przestrzeń niezauważony przez radzieckie organy bezpieczeństwa. Nikt z Polaków materialnie też nie był przygotowany na tak daleką podróż, nie posiadając pieniędzy ani żywności.

Już po wojnie i powrocie do kraju słyszałem o próbach ucieczki z innych miejsc odosobnienia, ale kończyły się one niepowodzeniem. Z kolei przybyły na spotkanie z nami naczelnik udzielił nam wskazówek jaki rodzaj pracy deportowani będą wykonywać w lesie: wymieniając ścinkę drzewa, jego załadunek i transport, układanie gałęzi na stosy i ich palenie. My, młodzi, zaczęliśmy penetrować osiedle i jego otoczenie, chcąc w ten sposób rozluźnić mięśnie i kości po miesięcznym bezruchu. Oprócz wymienionych już baraków, znajdowała się też tam końska stajnia, zwana "Koniusznią". Wraz z naszym przyjazdem sprowadzono tu konie, potrzebne do wywózki drzewa z lasu na składy, z których załadowywano go ręcznie na sanie traktorowe. Stwierdziliśmy, że stałymi mieszkańcami Gribanowej, od dnia wczorajszego, są tylko Polacy i komendant NKWD, a inni, jak kucharki, naczelnik, sprzedawca są dochodzącymi mieszkańcami Ałzamaju. Dotąd osiedle było praw-dopodobnie puste. Serwowane rano i wieczorem, następnego i w dalszych dniach, stołówkowe posiłki nie ulegały żadnej poprawie, ciągle podawano, zwane w języku rosyjskim "szczi", czyli opisaną już wyżej lurę, pozbawioną tłuszczu i składników odżywczych. Do wyjątku należała rzadka zawiesina, nazywana kaszą. Później okazało się, że na jedną półlitrową porcję takiej rzekomej zupy - na początku pobytu wydawanej kredytowo, podobnie zresztą jak i chleb - kazano sobie przy wypłacie, z zarobionych pieniędzy, płacić po 1,5 rubla za porcję. Wynosiło to bardzo drogo, gdy porówna się do chleba, którego l kg kosztował l rubel i do zarobków, kształtujących się miesięcznie 20-30 rubli. Z tych powodów ci, którzy posiadali zapasy mąki czy kaszy z domu, ze stołówki przestali korzystać.

Po trzecim dniu pobytu wszyscy zdolni do pracy zorganizowani zostali w grupy robocze i wysłani przez naczelnika do lasu do ścinania, wywózki i załadunku drzewa. Mężczyźni i kobiety, którzy zapędzeni zostali do powyższych prac wracali wieczorem do baraku bardzo zmęczeni, wyczerpującym wysiłkiem fizycznym oraz z przemoczonym ubiorem i obuwiem. Prace leśne wymagały ogromnego wysiłku i trochę umiejętności. Przy otrzymywanych głodowych racjach żywnościowych, nikt z rodaków nie mógł dysponować taką tężyzną fizyczną, aby bez trudu, dzień w dzień, można było ręczną piłą i siekierą wykonywać normę przy ścinaniu potężnych sosen, ich wywózce lub też załadunku na sanie grubych kłód. Wczesną wiosną 1940 roku, kiedy rozpoczynaliśmy pracę na Syberii dochodziły jeszcze inne trudności. W tym czasie w lasach były jeszcze grube warstwy topniejącego śniegu, powodującego całkowite przemakanie obuwia i odzieży, którą trzeba było dotykać mokre kłody drzewne. Przemoczone kończyny i inne części ludzkiego ciała powodowały, łatwe w tych warunkach, przeziębienia i różne choroby z tym związane. Zesłańców nie wyposażono w żadną odzież roboczą ani też w obuwie. Nic dziwnego, że w takich warunkach, przywiezione z domu okrycia szybko zaczęły ulegać zniszczeniu, a wydajność pracy nie zadowalała nadzorców sowieckich. Uzyskiwane zarobki nie starczały nawet na zakup przydziałowego chleba. Głód i zagrożenie ludzkiej egzystencji zmuszał do podejmowania pracy nawet przez nieletnich. Młodzież mego wieku, 12-letnia i starsza, angażowała się do składania na stosy i palenia gałęzi oraz wierzchołków ściętych drzew. Na brygadzistę do nadzorowania pracy naszej grupy naczelnik wyznaczył Władysława Wojtowicza, zesłańca przywiezionego w naszym transporcie, wywiezionego z rodziną z okolic Lwowa. Był on profesorem matematyki Politechniki Lwowskiej. Zapamiętałem go jako człowieka mało mówiącego, stale zamyślonego, zamkniętego w sobie. Jego rola nadzoru nad nami ograniczała się do odnotowywania obecności w pracy oraz zapobieganiu awantur i bójek pomiędzy wyrostkami. Nie ponaglał nas do szybkiego wykonywania prac. Wykonywane przez nas czynności trudne były do znormowania i określenia jaki jej rozmiar w przeciągu dnia pracy należy wykonać. Nie będąc ponaglani, zbytnio nie wysilaliśmy się.

Życie zesłańców w Gribanowej stawało się coraz trudniejsze. Poszczególne izby baraku były nadmiernie zagęszczone ludźmi. Wprawdzie zbliżała się wiosna, powodowała stopniowe ocieplenie. Dniem pomieszczenia wyludniały się, bowiem młodzież i dorośli przebywali w pracy, a dzieciaki coraz częściej opuszczały barak, biegając po posiołku, lecz wieczorem, gdy wszyscy wracali, stawało się zbyt gwarno, bardzo ciasno i duszno. Na pryczach brakowało miejsca dla tak dużej ilości osób zasiedlonych w barakach. Toteż do snu lokowali się na podłogach, obok prycz i na przejściach. Potrzebujący w czasie nocy wyjść na zewnątrz baraku do załatwienia potrzeb fizjologicznych potykali się lub też przygniatali nogami śpiących na przejściu ludzi. Nocny sen stawał się udręką a nie odpoczynkiem. Do twardego i ciasnego łoża zaczęła dołączać się udręka związana z pluskwami, które w miarę ogrzania się wnętrza baraku, zaczęły aktywizować się i rozmnażać, a jednocześnie niemiłosiernie atakować wychudzone, niedożywione ludzkie ciała i wysysać z nich krew. Nawet największych śpiochów budziły wśród nocy ze snu. Zapalenie lampy naftowej i chęć niszczenia krwiożerczych owadów nie odnosiły skutku, bowiem wystraszone szybko chroniły się w licznych zakamarkach prycz i ścian budynku. Wnętrze baraku wykonane było z okrągłego drzewa, ściany nie były tynkowane, miały liczne pęknięcia szczelinowe, w których pluskwy znajdowały bardzo dogodne warunki rozwoju i ukrywania się. Rano budziliśmy się zmęczeni z powodu często przerywanego snu, a na ciele w różnych miejscach powstawały bardzo liczne, swędzące bąble, spowodowane ukąszeniem tych insektów. Wszy i pchły, dające się też we znaki, były mniej dokuczliwe od pluskiew. Naczelnik, który zesłańców niczym nie "rozpieszczał", pragnął nam ulżyć w dolegliwościach powodowanych przez pluskwy, więc sprowadził pompę strażacką, kazał wynieść z jednego pomieszczenia wszystkie przedmioty, z wyjątkiem drewnianych, oraz opuścić go przez mieszkańców. Następnie przy pomocy mocnego strumienia wody próbowano zniszczyć buszujące w szczelinach owady. Po tym zabiegu pluskwy zaprzestały atakować, ale tylko na krótko. Po paru dniach, wychodząc prawdopodobnie z zagłębień, zaczęły z powrotem swe dokuczliwe dzieło. Podejmowane inne zabiegi w postaci wlewania gorącej wody do szczelin w ścianach i pryczach, też nie odnosiły skutków i tak już pozostało do końca pobytu w Gribanowej.

Bardziej niebezpiecznym dla naszego bytu i możliwości przetrwania stawał się głód. Chleb dostarczany do osiedla - jak już wspomniałem - charakteryzował się złą jakością, a przydzielona ilość, pół kg na pracującego, nie zaspokajała potrzeb organizmu. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się rodziny posiadające dużo dzieci i osoby starsze, nie mogące pracować, dla których dzienna racja chleba wynosiła tylko 10 dkg na osobę. Sprzedaż jego zwykle odbywała się wieczorem i w wielu rodzinach, zaraz po nabyciu, spożywano go w całości, a w dniu następnym, w głodzie czekano do wieczora, do następnej dostawy. Przy podziale chleba dochodziło w niektórych rodzinach do kłótni, a nawet do rękoczynów. W pomieszczeniu barakowym rozpoczynał się w tym czasie gwar i duże poruszenie. Każda rodzina, spożytkowała otrzymany chleb w taki sposób, aby możliwie najlepiej zaspokoić uczucie głodu. U jednych rodzin część chleba rozdrabniano i rzucano do gotującej się wody i spożywano w postaci zupy, tzw. wodzianki. Inni konsumowali go bezpośrednio popijając wodą. Żaden sposób spożywania nie był w stanie spowodować poczucia sytości. Głód wyzwalał u ludzi egoistyczną dążność do uzyskania większej od przysługującej porcji, kosztem dzieci i osób słabszych. Niemożliwością było, w ówczesnych warunkach, tak podzielić, aby nikt nie miał pretensji i wszyscy czuli się najedzeni. Chowany przez żony i matki w różne schowki na dzień następny, bywał przez niektórych wykradany i zjadany. Z posiłków kuchennych, o bardzo złej jakości, składających się najczęściej z rzadkiej zupy kapuścianej, wielu mieszkańców nie korzystało, z uwagi na znikomą wartość odżywczą oraz bardzo wysoką cenę i niski zarobek, nie pozwalający na jej zakup. Ojciec, za całomiesięczną, ciężką pracę, otrzymywał 30 rubli, za moją pracę otrzymywałem też miesięcznie 20-30 rubli. Pieniądze te wystarczały jedynie na zakup chleba i bardziej wartościowch dań stołówkowych, bowiem od czasu do czasu gotowano tam kaszę oraz na zakup ryby, rzadko przywożonej od sklepu. Rezultaty takiego odżywiania zesłańców nie trudne były do przewidzenia. Pozbawione produktów mlecznych i potraw lekkostrawnych niemowlęta, dzieci i staruszkowie, zaczęli masowo umierać. Najbardziej przygnębiający był płacz małych dzieci, powodowany głodem i rozstrojem przewodu pokarmowego, na skutek karmienia ich żytnim, razowym, niedopieczonym chlebem. Aby płaczące maluchy nie przeszkadzały w nocnym odpoczynku osób pracujących, władze osiedla zarządziły, aby matki, razem ze swymi dogorywającymi już często dzieciakami, przenosiły się do znajdującego się w baraku oddzielnego pomieszczenia, przeznaczonego do suszenia onuc. Jeszcze w gorszych warunkach dokonywały się porody kobiet ciężarnych. Rodzenie w baraku, w którym wspólnie mieszkało 30 rodzin, było zbyt krępujące, z tego też powodu odbywały się one w wydzielonym pomieszczeniu dla stróża stajni końskiej, przy braku fachowej akuszerki i warunkach zupełnie antysanitarnych. Los urodzonych w tych warunkach dzieci był przesądzony. Rodziły tylko te niewiasty, które zaszły w ciążę jeszcze przed deportacją, natomiast nie znałem przypadku, aby któraś z kobiet znalazła się w stanie poważnym w czasie naszego pobytu w Gribanowej. Z opowiadań kobiet wynikało, że u wielu z nich zanikało miesiączkowanie. Życie seksualne w tych warunkach też było mało prawdopodobne, co zgadzało się z często trafnymi powiedzonkami, wygłasznymi przez Rosjan: "Żyt' budiesz, no jebat nie zachoczesz". Miało to oznaczać, że w tych warunkach bytowych odechciewa się wszelkich amorów miłosnych. W beznadziejnej sytuacji znalazła się bardzo liczna grupka ludzi poważnie chorych, w różnym wieku, którym władze nie zapewniły żadnej opieki lekarskiej. Pozbawieni byli leków i wyżywienia. Los ich był przesądzony. Ostatnie dni życia były bardzo trudne nie tylko dla nich samych, lecz dla wszystkich mieszkańców w sali barakowej, którzy w dzień i w nocy narażeni byli na wysłuchiwanie stękania, płaczu i jęków dogorywających i umierających rodaków.

Miejsce na pochówek nieboszczyków wyznaczono w od-ległości około jednego kilometra od baraków. Droga wiodła w kierunku wschodnim dość szeroką, bagnistą doliną, przystosowaną do przejścia poprzez ułożenie pomostu z okrąglaków drzewnych. Gdy kończyło się bagno, rozpoczynał się wyższy brzeg sosnowego lasu, który stał się miejscem wiecznego spoczynku wielu naszych rodaków. Wszyscy zesłańcy byli ludźmi wierzącymi, jednak księdza wśród nas nie było. Aby pogrzebom nadać charakter katolicki, wykonano drewniany krzyż i pierwsze ofiary zesłania chowane były w sposób bardziej uroczysty: na czele konduktu niesiono krzyż, a następnie na ramionach mężczyzn trumnę, za którą kroczył kondukt mieszkańców osiedla, śpiewających cicho pieśni religijne. W miarę nasilania się zgonów, procesje pogrzebowe stawały się coraz mniej liczne, ograniczające się do najbliższej rodziny. Tragedia nie ominęła i nas. Jeszcze w czasie transportu, z powodu braku odpowiedniego odżywiania i chłodu, zaczął chorować czteroletni brat, Tadzio. W Gribanowej rozpoczęła się biegunka, potęgowana brakiem pszennego pieczywa, potraw mlecznych i zup z kaszy. Rodzice, widząc beznadziejność stanu zdrowia dziecka, nie byli w stanie w żaden sposób mu pomóc. Pewnego popołudnia, w końcu kwietnia, po powrocie z pracy, ujrzeliśmy jak nasz Tadzio zaczął wyprężać się, oczka nieruchomo skierował w sufit i rozpoczęły się konwulsyjne drgawki. Po dwóch godzinach skonał. Mama rozpaczała, my wszyscy płakaliśmy. Była to dla nas bolesna strata najbliższej nam osoby, którą, jako najmłodszego członka rodziny, bardzo kochaliśmy. Dla zmarłego to koniec dwumiesięcznych cierpień powodowanych głodem, chłodem i chorobą. Nazajutrz ojciec wykonał z desek skrzyneczkę w formie trumienki, wykopał grób, po czym całą czwórką zanieśliśmy zwłoki na cmentarz. Otwór grobowy wykonano na niezbyt dużą głębokość, około 80 cm - nie pozwalała na to zamarznięta ziemia. Na tym obszarze, nawet w pełni lata, ziemia poniżej metra miejscami była zamarznięta. Trumnę złożyliśmy w piaszczystym grobie, niejako w wiecznej lodówce. Odmówiliśmy głośno pacierz, po czym tato zasypał otwór, uformował nad ziemią kopiec oraz umieścił, wcześniej wykonany, drewniany krzyż. Do baraku nie było nam spieszno, gdyż trudno nam się było rozstać z miejscem, gdzie pochowaliśmy naszą, dopiero co rozwijającą się, latorośl. Stojąc nad świeżą mogiłą, zamiast kwiatów, składaliśmy na niej spadające krople łez. Śmierć człowieka jest rzeczą naturalną. Śmierć najbliższej osoby jest zawsze bolesna, ale nasza boleść była wielokrotnie spotęgowana świadomością o okoliczności, która spowodowała odejście brata. W normalnych, ludzkich warunkach, czteroletni zdrowy chłopak miał prawo żyć. Egzystencja wytworzona zesłaniem, z góry skazy-wała na zagładę wszystkie młode, słabsze istoty ludzkie. Wyrządzona nam bezpodstawna krzywda i bezsilność wobec własnego losu, najbardziej bolała. Zapadający zmrok oderwał nas od bolesnej zadumy. Grób i jego zawartość pozostawiliśmy opiece Stwórcy i niewidzialnym mocom tajgi syberyjskiej, a sami, ze skołotanymi ze smutku sercami, powoli, w milczeniu wracaliśmy do baraku.

Skutki głodowych racji żywnościowych i brak składników, a szczególnie białka, witamin i tłuszczów, w szybkim czasie zaczął się odbijać na zdrowiu równie starszej młodzieży i osób dorosłych. Masowo wystąpiła kurza ślepota i szkorbut. Bardzo przykre było uczucie, gdy wraz z nastaniem zmroku, stawaliśmy się zupełnie ślepi, nic nic widząc, za wyjątkiem płomienia lampy naftowej. Odczuwało się przy tym fizyczne wyczerpanie i zupełne osłabienie organizmu, stawaliśmy się apatyczni i obojętni na wszystko. Spotkani Rosjanie informowali nas, że gdy nadejdzie wiosna i ruszy wegetacja roślin, możemy zbierać w lesie roślinę, zwaną czeremszą, której spożywanie może usunąć dolegliwości tej choroby. Nie mieliśmy zapewnionej opieki lekarskiej. W kilka dni po przywiezieniu nas do Gribanowej, zesłańców naszego osiedla wizytował młody lekarz, Polak, podobnie jak my, deportowany ze Lwowa, nazwiskiem Lachowicz. Oprócz termometru lekarskiego i słuchawek, żadnych leków nie posiadał. Odwiedził w baraku wszystkich chorych, lecz skutecznej pomocy, w takich warunkach, nie był w stanie udzielić. Więcej już do nas nie przyjeżdżał. Mówiono, że zabrano go do szpitala, do któregoś z miast.

*

Około połowy maja nastąpiło dalsze ocieplenie, ruszyła wegetacja roślin, na niższych terenach leśnych zaczęła ukazywać się wymieniona czeremsza. Smakowo zbliżona jest do czosnku, część podziemna przypomina wyglądem ząbek tej rośliny, liście nadziemne posiadają szerokie blaszki. Wszyscy ruszyliśmy do jej poszukiwania i zbioru. Spożywano ją w stanie surowym oraz gotowano jak szczaw i kapustę. Wprowadzenie do konsumpcji tej rośliny, spowodowało istotnie dodatni skutek. Zaspakajaliśmy częściowo uczucie głodu oraz kurza ślepota zaczęła ustępować. Masowy zbiór dzikiego czosnku - tak nazywano czeremsze - spowodował jej szybkie znikanie, a w poszukiwaniu trzeba było zagłębiać się coraz bardziej w tajgę. Okres intensywnego wzrostu tej rośliny nie jest długi, cenne źródło witamin i innych składników pokarmowych, w postaci czeremszy, szybko przestało istnieć. Rozpoczęto poszukiwania innych roślin nadających się do spożywania. Niektórzy zesłańcy przywieźli z domu worki ze zbożem. Naczelnik postanowił uczynić z niego użytek. Sprowadził samochód, polecił załadować zboże, zawieźć do młyna i zemleć na mąkę. Wszyscy, którzy stali się jej posiadaczami, zostali pozbawieni możliwości kupna chleba i zupy. Przez okres kilku tygodni, pozbawieni chleba, zadawalaliśmy się kluskami i plackami, konsumowanymi dwa razy dziennie prawie do syta. Początek maja to początek budzącej się z długiego snu zimowego wiosny. Niektóre tereny leśne zaczęły pokrywać się zwartym kobiercem różnokolorowych kwiatów. Widok był wspaniały. Niejeden ogród botaniczny w Europie nie dorównywał kolorytowi barw tam spotykanych. Odnosiło się wrażenie, że przyroda, przynajmniej o tej porze, chce umilić nam ciężką dolę i wzbudzić zainteresowanie tą krainą. W niższych, podmokłych terenach spotykało się duże obszary porosłe kwitnącymi krzewami czerwonych i czarnych porzeczek. Występowały też zagajniki malinowe, a poszycie starych lasów sosnowych, z reguły stanowiły krzewy czarnych jagód, nazywanych przez nas borówkami. Na zrębach leśnych i w rzadkim lesie sosnowym, występowały w dużej ilości, rośliny o niskich łodyżkach, na których jesienią wyrastały czerwone jagody nazywane tam bruśnigą.

Zakaz opuszczania osiedla przez zesłańców, bez zgody komendanta NKWD, nie był przez nas ściśle przestrzegany. Począwszy od wiosny, młodzież i starsi, często udawali się, w czasie wolnym od pracy, do pobliskich lasów, ze wszystkich stron otaczających baraki, w celu poszukiwania jadalnych roślin, a później grzybów. Tego rodzaju samowolne oddalanie się od miejsca zamieszkania, na ogół nie budziło zastrzeżeń ze strony NKWD. Na przykre konsekwencje natomiast narażali się ci, których komendant spotkał udających się drogą do Alazmaju lub wracających stamtąd. Pojmany na takiej wyprawie delikwent wzywany był do kancelarii funkcjonariusza NKWD, który nie żałował pięści, a ponadto zamykał do aresztu, usytuowanego w tym samym budynku. Mimo grożących represji, ludzie nękani głodem, wymykali się w różny sposób do Ałzamaju - dużej miejscowości, gdzie obok tartaku i stacji kolejowej, znajdował się też kołchoz. Ludność Ałzamaju, początkowo unikała Polaków, zamykając przed nimi drzwi, ponieważ rozsiana została pogłoska o moż-liwości zarażenia się od Polaków chorobami zakaźnymi. Później, gdy one nie sprawdzały się, stali się bardziej przystępni. Ci zesłańcy, którzy posiadali do zbycia odzież, bieliznę i inne towary włókiennicze, mogli je zamieniać na, tak potrzebne dzieciom, mleko, ziemniaki i inne produkty spożywcze. Komendant stosował metodę bicia nie tylko w stosunku do nie przestrzegających rygorów życia na osiedlu, lecz często karał, szczególnie mężczyzn, bez powodu. Między innymi, dwukrotnie wzywał ojca, każdorazowo bijąc go, a raz całą noc trzymał w areszcie. Mama była zmartwiona. Nie wiedziała, co się z nim stało, gdy na noc nie wrócił do baraku. Stosowane "profilaktyczne" represje miały zapewne na celu zastraszenie mieszkańców Gribanowej i czucie respektu dla funkcjonariusza. Postrach i groza panowała szczególnie u dziewcząt i kobiet, nie posiadających mężów. Wzywane one były na nocne dyżury do kancelarii komendanta, który wyżywał się na nich seksualnie. Już po powrocie do kraju, jedna z kobiet, mająca już wówczas dwoje dzieci, opowiadała, w jaki sposób udało jej się uniknąć pełnienia takiego "dyżuru". Gdy została zawiadomiona, że wieczorem musi zgłosić się do komendanta, zwierzyła się przygnębiona, starszemu mężczyźnie, oświadczając, że bez względu na czekające ją konsekwencje, nie podda się, gdy będzie ją napastował. Ów pan zaproponował zmartwionej, że pójdzie razem z nią i przedstawi się jako ojciec, którego córka bardzo boi się wieczorem pełnić dyżur. Gdy komendant ujrzał u siebie ich dwoje zapytał: "czto nada", wówczas przybyły przedstawił cel swego przyjścia. Funkcjonariusz widocznie zorientował się o faktycznym zamiarze dwojga. Zdenerwowany wskazał drzwi i powiedział: "uchaditie". W taki dość prosty sposób kobieta uniknęła - być może bardzo przykrych konsekwencji.

Na przełomie miesiąca maja i czerwca nastąpiło znaczne ocieplenie. Temperatura powietrza o tej porze roku ukształtowała się, podobnie jak w Polsce. Chłód przestał nam doskwierać, lecz wzrost ciepłoty powodował masowy rozwój różnych owadów dokuczliwych dla organizmu człowieka. W czasie snu nocnego atakowały niemiłosiernie rozmnożone pluskwy i wszy. Dniem natomiast, w czasie przebywania w lesie, gryzły w trudny do opisania sposób komary i całe chmary drobnych muszek. Te ostatnie czyniły na skórze człowieka i zwierząt poważne dolegliwości. Pogryzione przez nie części ciała puchły i tworzyły, trudno gojące się rany. Niejednokrotnie spotykane były przypadki doprowadzania zwierząt do śmierci, co miało miejsce wówczas, gdy koń czy krowa ugrzęzły w bagnie. Wówczas roje tych muszek i komarów atakowały cały, bezbronny już organizm, doprowadzając po kilku godzinach do zgonu. Dla ochrony twarzy przed atakiem owadów, zatrudnionym w lesie wydawano siatki, podobne do używanych przez pszczelarzy, lecz gęstsze, wykonane z końskiego włosia. Rękawy bluz i nogawki spodni szczelnie zawiązywano, aby pod nie muszka nie przedostała się. Skórę rąk zabezpieczano smarując ją dziegciem.

W tych warunkach nie mieliśmy chwili wytchnienia, stale coś ludzi gryzło, a do tego wszystkiego dołączył się pernamentny głód, najbardziej rujnujący organizm zesłańców. Nie było żadnego elementu życia, który niósłby zadowolenie lub ulgę, za wyjątkiem może bogatej w liczne kwiecie wiosennej przyrody, która miała kojące działanie, co zresztą trwało krótko. Brak było jakichkolwiek realnych przesłanek, wskazujących na możliwość polepszenia beznadziejności zesłańców. Ludzie dorośli byli stale zatroskani o losy swych rodzin, ponurzy i często milczący. Nawet młodzież nie wykazywała swej naturalnej aktywności, uśmiech na ich twarzach należał do rzadkości. W wolnych chwilach i w niedzielę kobiety i mężczyźni szukali ukojenia i ratunku w częstych modlitwach oraz w opowiadaniu o życiu z okresu przed wysiedleniem. Często słyszało się o snuciu nadziei na rychły powrót do domu, uważając że musi się coś zmienić w naszym życiu. Realnych możliwości do sprawdzenia się tych nadziei nikt jednak nie mógł wskazać. Polscy mieszkańcy Gribanowej pozbawieni byli wiadomości ze świata. Nikt nie posiadał radia, żadna prasa też nie docierała. Pracujący na osiedlu Rosjanie: komendant i naczelnik nie informowali o żadnych ciekawostkach i wydarzeniach w świecie. Jedyną nicią, łączącą nas z dalszym światem zewnętrznym, były otrzymywane bardzo sporadycznie, listy od krewnych, zamieszkałych na wschodnich terenach Polski przedwojennej, zajętych w 1939 roku przez wojska radzieckie. Większość zesłańców pochodzących z Polski centralnej, a osiedlonych po I wojnie światowej na ziemiach wschodnich, nie miała najczęściej nikogo na wspomnianych terenach, zatem pozbawieni byli i tej łączności. Rodzice moi, korzystając z posiadanych krewniaków w Tucznem i Świrzu, nawiązali z nimi korespondencję oraz otrzymywaliśmy od nich małe paczki żywnościowe do 5 kg, zawierające kaszę, czasem tłuszcz. Dary te docierały bardzo sporadycznie. Nabywane w ten sposób produkty miały dla nas nieocenioną wartość, pozwalały nieco wzmocnić wychudzone i spragnione pokarmu organizmy. Naszych dobroczyńców nie stać było na częstsze wysyłanie paczek, ponieważ u nich też wystąpiły - o czym wspominali w listach - kłopoty z żywnością. Czym mogli, tym dzielili się z nami.

Wiosną, grupa młodzieżowa, zajmująca się paleniem gałęzi, rozpadła się. Wykonywanie tych czynności w okresie, kiedy znikła pokrywa śnieżna, było już niebezpieczne, z uwagi na możliwość rozprzestrzenienia się ognia na las. Nasz dotychczasowy opiekun, pan Wojtowicz, wraz z grupą kilkunastu rodzin, gdzieś w początkach maja, wywieziony został do innego miejsca odosobnienia i tam zatrudnieni zostali przy zbiorze żywicy. Umożliwiło to nieco rozluźnienie ciasnoty w naszym baraku. Po zakończeniu palenia gałęzi, przeszedłem do innej pracy. W trzyosobowej grupie przystąpiliśmy do naprawy drogi, którą zimową porą traktor wywoził saniami drzewo z lasu do tartaku. Po zimowych i wiosennych roztopach, powstały w korpusie drogi wykonanej z piasku, różne wyrwy, które należało zabudować. Do tego celu należało dowozić piasek taczkami z poboczy. Wydobywany materiał ziemny ładowano do drewnianych taczek, którymi przy pomocy drewnianych pomostów, dowożono do miejsca przeznaczenia. Praca była ciężka, przekraczająca moje i kolegów możliwości. Taczka z piaskiem często wypadała z pomostu i potrzebna była duża siła, aby z powrotem ją ustawić. Czyniliśmy to oczywiście całą, trzyosobową grupą. Ja i pracujący ze mną koledzy liczyliśmy wówczas 12-13 lat. Dzisiaj trudno jest ludziom uwierzyć, aby wynędzniałe małolaty, ktokolwiek mógł wysyłać do tak ciężkich robót. Chęć uzyskania większej porcji chleba i zarobienie pieniędzy na jego zakup, zmuszał do tak wyczerpujących zajęć.

*

Instytucja, w której zatrudnieni byli zesłańcy Gribanowej, nosiła nazwę "Lespromchoz", a w pełnym brzmieniu: "Lesnoje Promyszlennoje Choziajstwo", co w tłumaczeniu na język polski brzmi: Leśno-Przemysłowe Gospodarstwo. Instytucja ta posiadała na swym stanie konie potrzebne do wywózki kloców dłużycowych oraz do obsługi tartaku. Latem przerywano pracę w lesie i mężczyzn skierowano do sianokosów, aby zabezpieczyć pokarm dla koni. Do tej pracy poszedłem razem z ojcem. Tereny, na których pozyskiwano siano, położone były w dużej odległości, około 40-50 km od naszych baraków. Do miejsca sianokosów szliśmy pieszo prawie cały dzień, początkowo lasem, a następnie przez duże obszary, częściowo zalesione, na których znajdowały się jeszcze pozostałości dawnych osiedli wiejskich w postaci pojedynczych zabudowań. W jednym takim budynku, będącym w lepszym stanie technicznym, zakwaterowano nas. Wszystkie prace wykonywano ręcznie. Ojciec kosił, a ja rozrzucałem pokos i grabiłem. Zbierałem też grzyby i jagody, służące jako dodatek do przydzielonego nam chleba. Okres sianokosów trwał miesiąc lub nawet dłużej, po czym powróciliśmy z powrotem do Gribanowej. Natomiast wywózkę siana z terenu jego pozyskiwania wykonywano już saniami, w okresie nastania zimy. Nękający głód pobudzał mieszkańców osiedla do penetracji przyległych lasów w poszukiwaniu i zbiorze wszystkiego, co nadawało się do jedzenia. Kiedy wyzbierano czeremsze, lebiodę, pokrzywę, zainteresowano się grzybami, które już na początku lata wystąpiły na leśnych zrębach. Posiadały silnie pofałdowaną część nadziemną o brązowym zabarwieniu. Mówiono, że można je spożywać. Wielu zaczęło je zbierać i gotować. Rodzice tych grzybów nie znali i początkowo z rezerwą odnosili się do ich spożywania. Później, widząc że inni mieszkańcy je konsumują, popróbowaliśmy też i my ich smaku. Po dokładnym ugotowaniu, w czasie którego zmieniano wodę parokrotnie, spożycie ich nie poprawiło naszego samopoczucia. Po pewnym czasie poczuliśmy się bardzo senni. Spaliśmy też przez cały następny dzień, dopiero w trzecim dniu poczuliśmy się normalnie. Owe dolegliwości spowodowały, że już nigdy grzybów tych nie jedliśmy.

Miesiące letnio-jesienne przyniosły, nam zesłańcom, poprawę w zakresie wyżywienia. W tym czasie wystąpiła bogata różnorodność jagód i grzybów. Urodzaj borówek był nadzwyczajny. Zdołano je wyzbierać tylko w pobliżu baraków. Wystarczyło tylko pójść parę kilometrów w głąb tajgi, a poszycie lasu aż czerniło się od dorodnego runa, zwisających od obciążenia owocami gałązek czarnych jagód. Na niższych, bardziej wilgotnych terenach, krzewy czerwonej i czarnej porzeczki, zwanej tam smorodiną, pokryły się kiściami dobrze wykształconych jagód, których ilość i dorodność trudno byłoby spotkać w naszych ogrodach. Owoce tych roślin nie znajdowały większego uznania wśród mieszkańców osiedla ze względu na dużą zawartość w nich kwasów i mniejsze walory smakowe, uniemożliwiające spożywanie w większych ilościach. Występowały też zbiorowiska dorodnych malin. Z ich zbiorem związany jest epizod, który spotkał mnie i mamę.

W niedużej odległości około 2-3 km od baraków - znaleźliśmy zagajnik pokryty dość gęsto rosnącymi łodygami malin i znaczną ilością na nich występujących jagód. Dla urozmaiconego menu jagodowego w naszym jadłospisie kilkakrotnie udawaliśmy się tam, ponieważ maliny, zawierające cukry, obok czarnych jagód, należały do smacznych owoców leśnych, a ich zbiór nie był trudny. W czasie jednego z takich wypadów, byliśmy mocno zajęci zrywaniem jagód, gdy nieoczekiwanie wystraszył nas silny trzask łamanych gałęzi drzew, leżących na ziemi w pobliskiej odległości, a następnie usłyszeliśmy te same odgłosy oddalającego się osobnika. Przerażeni zaczęliśmy i my uciekać. Po opuszczeniu gęstego, malinowego zagajnika i wejściu do rzadszego lasu, ujrzałem pomiędzy pniami drzew, jak w przeciwnym kierunku zmykał, dość okazałej budowy, niedźwiedź, który też nie gardził tymi jagodami. Na ewentualne inne tego rodzaju spotkanie nie mieliśmy już więcej ochoty, dlatego zaniechaliśmy dalszego odwiedzania tego miejsca. Wygłodzone ludzkie żołądki trudno było zaspokoić spożyciem małej ilości jagód, dlatego konsumowało się je w dużych ilościach, nawet po parę litrów, co często doprowadzało do rozstroju układu trawiennego. W odległości kilku kilometrów od osiedla odnaleźliśmy obszary leśne bogate w różne rodzaje znanych nam gatunków grzybów jadalnych, w tym również i borowiki. Niejednokrotnie zbieraliśmy je w dużych ilościach. W okresie grzybobrania kuchenki piecowe zaczęły pracować "pełną parą". Ciągle w nich gotowano. Zupełny brak tłuszczu, a niekiedy nawet soli, pogarszał smak gotowanych grzybów, ale najadano się nimi do syta.

W pobliżu naszej pryczy przebywało małżeństwo staruszków już w wieku około 70 lat. Nie posiadali dzieci, które mogłyby pracować i zarabiać na kupno chleba. Udało się im utrzymać przy życiu dzięki dużej inicjatywie kobiety, zbierającej i gotującej wszystko, co było jadalne. Nazywaliśmy ją babcią. Nie miała już sił, aby udawać się w lasy odległe i nazbierać dobrych grzybów. Zadowalała się zatem wszystkimi, jakie znajdowała w pobliżu baraku, uważając aby tylko były jadalnymi. Chłopcy w moim wieku zaglądali z ciekawości do jej garnka z gotującą się potrawą. Po nagrzaniu się wody w naczyniu, znajdujące się w grzybach robaki wypływały wszystkie na wierzch, tworząc zwartą warstwę, coś w rodzaju "kożucha". Widząc to, zwracaliśmy się do tej kobiety mówiąc: "Babciu w garnku pływają same robaki". W odpowiedzi z powagą replikowała nam "nie te robaki straszne, które my jemy, lecz te, które nas będą jadły", co niewątpliwie miało się sprawdzić w krótkim czasie, ponieważ niebawem oboje pomarli. Kwitowała w ten sposób nasze uszczypliwe uwagi.

Te wszystkie ogromne i bogate pożytki leśne zbierano częściowo tylko w pobliżu osiedli ludzkich, natomiast dalej w głąb tajgi, dziesiątki i setki kilometrów, nie było żadnych osad, były to tereny, na których stopa ludzka jeszcze nie stanęła. Ileż to bogactwa leśnego przez całe wieki i co roku bezużytecznie niszczyło się na tak olbrzymim terytorium, a starczyłoby go do zaspokojenia potrzeb setek milionów ludzi. Tylko mieszkańcy naszego osiedla byliby w stanie nazbierać w sezonie dziesiątki ton jagód i grzybów, ale nikt o to nie pytał i nikt nie kupował. Zdawaliśmy sobie sprawę z krótkotrwałej sezonowości nadmiaru grzybów i jagód. Nie posiadaliśmy jednak żadnych możliwości zagospodarowania tej obfitości leśnego bogactwa, z przeznaczeniem go do spożycia na okres zimowy. Na suszenie grzybów, w większej ilości przy piecyku, nie było miejsca, a na wolnym powietrzu nie schły. Nie posiadaliśmy też żadnych naczyń umożliwiających solenie, względnie wekowanie lub pasteryzowanie. Każda pusta puszka po konserwie była w ówczesnych warunkach wykorzystywana jako kubek do picia lub spożywania jedzenia. W przypadku powstania dziury w garnku do gotowania, każdorazowo łatano ją, aby przedłużyć jego użyteczność. Mieszkając później w Ałzamaju, widziałem jak miejscowi mieszkańcy w prosty sposób zabezpieczają i przechowują jagody na okres zimy. Tuż przed jej nadejściem zbierali w lesie wspomnianą już bruśnigę, napełniając nią drewniane beczki, które z kolei umieszczali w chłodnym przedsionku wejściowym do domu. Zimy syberyjskie charakteryzowały się brakiem lub krótkotrwale występującymi temperaturami dodatnimi. Zatem zamarzła w beczce bruśniga na początku zimy, w tym stanie przetrwała do wiosny. Przez ten okres wyrąbywano je w tym naczyniu, używając do sporządzania kompotu lub spożywano w innej formie, mając zabezpieczone źródło witamin i innych składników odżywczych. My nawet taką prostą możliwością nie dysponowaliśmy, nikt bowiem z zesłańców nie posiadał beczki, ani też nie byłoby jej gdzie umieścić.

*

Kończyło się pierwsze lato syberyjskie. Pod względni temperatury i ilości opadów nie różniło się wiele od tej pory roku w Polsce. Było nieco chłodniejsze, nie występowały upały, ale za to słońce świeciło znacznie dłużej. W czerwcu i lipcu dni trwały około 20 godzin na dobę. O godzinie 24 nie było jeszcze zbyt ciemno, a o godzinie 2 rano już zaczynało się rozwidniać. Pora jesieni natomiast znacznie różniła się od tej, jaką mieliśmy w kraju. W drugiej połowie września nastąpiło już duże ochłodzenie wraz z przymrozkami i opadami śniegu. W październiku wystąpiła już zima. Zaczęła się sprawdzać, wcześnie usłyszana, wypowiadana przez Rosjan prognoza: "U nas tolka diewiat miesacew zimy, a to wsio leto i leto". Dla zesłańców następował krytyczny okres. Do syberyjskiej zimy nie byliśmy absolutnie przygotowani. Robotników, zesłańców, nie zaopatrywano w ubrania ani obuwie, niezbędne w tej strefie klimatycznej. Potrzebne tu były watowane kufajki i spodnie, filcowe buty, zwane walonkami, ciepłe, z nausznikami czapki oraz dobre ciepłe rękawice. Tylko w takim ubiorze człowiek mógł pracować na wolnym powietrzu w lesie i w czasie niskich temperatur, które często osiągały spadek do -40°C, a nawet i niższych. W czasie mrozów poniżej tej temperatury nie było już obowiązku wychodzenia do pracy, ale dla nas nawet -20°C mróz był trudny w lesie do wytrzymania. Przywiezione z kraju skórzane obuwie nie chroniło nóg przed zamarznięciem nawet przy temperaturze -20°C. Dotyczyło to też posiadanej przez Polaków odzieży. Byłem świad-kiem, jak młody mężczyzna w wieku 18-20 lat, mający prycze naprzeciwko nas, poszedł do pracy w obuwiu skórzanym, przywiezionym z kraju, przy mrozie około -30°C. Po powrocie z lasu nie mógł już zdjąć obuwia z nóg. Uczyniła to z trudem jego matka. Przeraziliśmy się widokiem, kiedy zobaczyliśmy obie stopy całkowicie przemarznięte, które w krótkim czasie pokryły się jednym, dużym pęcherzem. Człowiek ten już więcej do pracy nie poszedł, po pewnym czasie zmarł.

W warunkach ostrej zimy syberyjskiej, bardziej przydatne, skuteczniej chroniące kończyny, okazały się łapcie wykonane z łyka drewna, niż obuwie skórzane. Można było wówczas owinąć nogi w dużą ilość onuc, a następnie nałożyć na nie łapcie i w takim obuwiu -20°C mróz można było przetrzymać. Odmrożeniu ulegały nie tylko kończyny, lecz też policzki, nosy, uszy. Coraz więcej ludzi ulegało odmrożeniu części swego ciała. Nie ominęło to też mojego ojca, który, podobnie jak inni zesłańcy, nie posiadał ciepłej odzieży ani obuwia. Na odmrożonej nodze, już na początku zimy, zaczęły występować owrzodzenia, początkowo poniżej kolan, a później na całej dolnej kończynie, aż do pachwiny. Wrzody pękały, a z pozostałych ran wyciekała ropa, powodując powstawanie na ciele niegojących się zgłębień. Nie posiadaliśmy żadnych maści ani bandaży potrzebnych do gojenia i zabezpieczenia przed dalszą infekcją. Prycze nasze znajdowały się w tym czasie najbliżej koło drzwi wyjściowych z baraku. Każde ich otwarcie powodowało napływ lodowatego powietrza na naszą rodzinę, co w połączeniu z brakiem pierzyny lub innego ciepłego przykrycia, uniemożliwiało utrzymanie temperatury otoczenia i ciała potrzebnej do gojenia się ran. Po kilku tygodniach leżenia, ilość wrzodów przybywała. Ojciec, widząc beznadziejność swego stanu, postanowił ratować się. Okręcił nogę czym tylko mógł, aby bardziej jej nie przeziębić i udał się do felczera do Ałzamąju. Widok nogi oraz gorąca prośba chorego o ratowanie jego życia odniosły skutek. Został skierowany do szpitala w powiatowym miasteczku Niżneudińsku. Wraz z nastaniem zimy, położenie mojej rodziny stawało się coraz bardziej beznadziejne. Ojciec chorując, nie otrzymywał wynagrodzenia, ostra zima oraz zły stan zdrowia uniemożliwił również mi wykonywanie pracy w lesie. Zostaliśmy bez środków do życia. Brakowało pieniędzy na zakup tego l kg chleba, który na dobę nam przysługiwał. Mama czyniła wszystko, co było w jej mocy, aby zdobyć pieniądze na kupno chociaż chleba. Wyciągała z tobołka ostatnie przedmioty, które nadawały się do spieniężenia. Rodzice zaczęli wysyłać błagalne listy do swych braci i sióstr w Tucznem i Świrzu, prosząc ich o wsparcie i ratowanie przed głodową śmiercią. Przeważnie raz w miesiącu otrzymywaliśmy po jednej kilkukilogramowej paczce z żywnością. Nie była to pomoc na miarę potrzeb, ale pozwalała przeżyć grożącą śmierć.

Ostra zima utrudniała komunikację pomiędzy Ałzamajem a Gribanową. Z tego chyba powodu chleb często dostarczany był co drugi dzień, co jeszcze bardziej komplikowało byt zesłańców. Wyczerpani do ostateczności głodem, nie mieliśmy na tyle sił ani samozaparcia, aby część chleba, nabytego w dniu zakupu, pozostawić do spożycia na dzień następny. Najczęściej zjadano go zaraz po kupnie, a czekano w głodzie aż do trzeciego dnia, kiedy znów produkt zostanie przywieziony. Siedząc całymi dniami na pryczy obserwowałem najbliższych sąsiadów. Wielu z nich miało jeszcze gorsze od nas warunki egzystencji. Naprzeciwko znajdowała się rodzina, jak my deportowana z Dobrzanicy. Ojciec ich zmarł już wcześniej, a pozostała matka z dwojgiem synów niezdolnych jeszcze do pracy. Nikt z nich nie pracował, nie otrzymywali żadnej pomocy z zewnątrz. Matka nie przestrzegała zakazu opuszczania bez zezwolenia osiedla, stale jej się to udawało. Często chodziła do Ałzamaju oraz innych miejscowości, chodząc po prośbie, zdobywała w ten sposób pożywienie. Młodszy jej syn, mając wówczas około 10 lat, stanowił podziw mieszkańców Gribanowej. Nie miał żadnego obuwia, zimową porą - mimo silnych mrozów, boso biegał rano i wieczorem do kuchni, w której od czasu do czasu z litości udawało mu się zdobyć jakąś zupę. Nogi od mrozu miały kolor sino-fioletowy, ale pęcherzy z odmrozin nie miał. Inna rodzina wielodzietna, nazwiskiem Rusnak, wywieziona też z naszej wsi utraciła ojca z początkiem zesłania. W czasie opisywanej zimy pozostali przy życiu już tylko matka, pasierb w wieku 12 lat i jedno, młodsze od niego dziecko. W połowie zimy młodsze dziecko znalazło się już w stanie krytycznym, zaczęło umierać z głodu. Mając jeszcze świadomość, prosiło matkę o podanie mu chociaż łyżki mleka. Rodzicielka, chcąc spełnić prośbę dziecka, zdjęła z głowy ostatnią chustkę i zaczęła prosić pasierba, aby poszedł do Ałzamaju i sprzedał ją za mleko. Lecz ten odmawiał spełnienia tego polecenia z powodu zachorowania na grypę. Matka nie ustępowała w swych błagalnych prośbach, którym po pewnych czasie uległ. Przed wieczorem powrócił do baraku z dwoma butelkami mleka. Dziecko przestało błagać o ten napój, lecz nie zapobiegło to jego zgonowi. Chłopiec, w czasie wędrówki do Ałzamaju, przeziębił grypę i też zmarł. Z licznej rodziny pozostała samiuteńka matka, która, jak się dowiedziałem po wojnie, też zmarła na Sybirze. Losy wielu innych rodzin tego osiedla były podobne do opisanych. Śmierć tej zimy zbierała obfite żniwo, wymierały całe rodziny. Nieboszczyków wynoszono do lasu, na miejsce pochówku i umieszczano we wspólnym dole jesienią wykopanym. Ostra zima uniemożliwiała wykopanie dołów pojedynczych dla każdego zmarłego.

Siedząc głodny i chłodny na pryczy, widząc wokół ludzką mękę i częste konanie rodaków, szukałem jakiegoś wewnętrznego ukojenia. Chcąc oderwać się myślami od tragicznej rzeczywistości, przypomniałem sobie strony, gdzie znajdował się mój dom rodzinny, o którym nie sposób było zapomnieć. Powrót myślami do młodzieńczej, przedwojennej rzeczywistości, stwarzał nastrój bardziej optymistyczny. Uświadomiłem sobie, że niecały świat jest taki beznadziejny, gdzie panuje tylko głód, mróz i śmierć, że gdzieś daleko istnieje jeszcze radość życia. Pomimo beznadziejności naszego położenia, żywiłem, mimo wszystko nadzieję, o możliwości powrotu z tego sybirskiego piekła do normalnego życia.

Lata spędzone w Dobrzanicy, aczkolwiek nie można było zaliczyć do łatwych, lecz w porównaniu do katorżniczej rzeczywistości na zesłaniu, można nazwać rajem. Podstawowe potrzeby życiowe mieliśmy wówczas zaspokojone. Brak żywności w domu w zasadzie nie występował. Chleb nie był daniem codziennym, często go brakowało, mięso w spożyciu występowało tylko w czasie wielkich świąt. Ale na codzień było mleko, ziemniaki, mąka, kasza. Ludzie byli swobodni. Dzieci bawiły się, biegała, chodziły do szkoły. Młodzież spotykała się ze sobą, urządzała różne gry, zabawy. Rodzice spotykali się z sąsiadami w celach towarzyskich oraz religijnych. Wszyscy na swój sposób, według możliwości, urozmaicali oraz uprzyjemniali sobie życie. Przypomniałem sobie ważniejsze szczegóły lat najmłodszych. Zapamiętałem starą, jednoizbową chatę, zbudowaną z gliny i drzewa, do której w czasie wiosennych roztopów przesiąkała, nieszczelną ścianą, woda przepływająca przez izbę i odpływająca drugą przeciwległą. Ojciec zdobył się, jak na owe czasy, na duży wysiłek. Pobudował dom ceglany, z podpiwniczeniem i solidnym fundamentem tak, aby woda nie mogła się już dostać do wnętrza. Konstrukcja dachu dostosowana została do pokrycia go blachą, lecz środki finansowe na to nie pozwoliły, dlatego tymczasowo pokrył go strzechą. Ta sama przyczyna spowodowała nie wykończenie drugiej, obszernej izby. Na kilka lat przed wybuchem wojny, zawalił się stary dom wraz ze stodołą, znajdującą się na jego przedłużeniu. I znów musiał ponieść nadzwyczajny wysiłek, aby zakupić materiał budowlany i pobudować nową stodołę. W tym mniej więcej czasie otrzymał z Banku Hipotecznego we Lwowie zawiadomienie, że posiadany grunt obciążony jest długiem hipotecznym jeszcze z zaboru austriackiego, który niezwłocznie należy spłacić. Powstał następny wydatek finansowy. Kosztem sprzedaży jałówki, trzody chlewnej i zboża ojciec uregulował wszystkie długi i pobudował budynek gospodarczy. W tych warunkach nie mógł kupić przedmiotów użytku codziennego jak pościeli, najpotrzebniejszego sprzętu domowego oraz tak potrzebnego konia. Brak siły pociągowej dotkliwie odczuwaliśmy. Za każdy najem jednej dniówki konnej ojciec odpracowywał 4 dniówki w okresie ważniejszych prac polowych. Prace we własnym gospodarstwie bardzo obciążały mamę. Włączyłem się do pomocy rodzicom już w szóstym roku życia. Początkowo pasłem krowę, a mając 9 lat pomagałem przy pracach żniwnych, wykopkowych i innych. Mimo wszystko ta ciężka, przedwojenna harówka dorosłych i dzieci, w porównaniu do warunków syberyjskich, była dobrodziejstwem. Człowiek niegłodny i zabezpieczony przed chłodem, jest w stanie wykonywać największy wysiłek fizyczny i pokonywać największe przeszkody życiowe. Stale gnębiący głód nie pozwalał na długie odrywanie się myślami od rzeczywistości, pusty żołądek szybko uzmysławiał katorżniczy los.

Częste rozmyślania o czasach przedwojennych i o domu rodzinnym, były zapewne przyczyną "przenoszenia się" w czasie snu w jego ściany i otoczenie. Na sennym ekranie często pojawiało się piękno naszej wsi, znajdującej się w urozmaiconej konfiguracji wzniesień Roztoczy, rozpościelających się od Lublina poprzez Lwów aż do Podola. Pagórkowaty teren, posiadający gleby pochodzenia lessowego sprawiał, że występowały tam liczne jary i wąskie kotliny. W jednej z takich położona jest zasadnicza wieś ruska - Dobrzanica. Chodząc do szkoły, była okazja podziwiać widok z wyżyny ją okalającej od strony kolonii, na której mieszkaliśmy. Najbardziej uroczy wygląd bywał porą wiosenną, kiedy to nieduże zabudowania wsi tonęły w kwiecie licznych drzew owocowych, a jesienią różne barwy nadawały piękne, dorodne owoce oraz zmieniające się kolory liści drzew. Tylko okrągłej kopule cerkwi, położonej w środku wsi, udawało się nieco górować nad tym tęczowym pejzażem. W czasie sennego majaczenia widziało się też świecące bochenki upieczonego, rumianego chleba, mleko znajdujące się w glinianych garnkach, kaszę, jaja, a w sadzie czerwone i czarne jagody czereśni i dorodne jabłka. Jeszcze większe błogie uczucie sprawiało konsumowanie tych wszystkich bożych darów.

Wraz z obudzeniem się pryskał mit obfitości i sytości. Atmosfera codziennego życia w baraku stawała się coraz bardziej przygnębiająca. Twarze ludzkie były zupełnie wynędzniałe, blade i postarzałe. Trwoga o dzień jutrzejszy usunęła z nich cień uśmiechu. Zaduma i powaga ograniczały kontakty słowne między ludźmi. Mówiono tylko o sprawach najważniejszych. Zaczęła znikać z umysłów jakakolwiek nadzieja na powrót do domu. Jedyne co ludziom pozostało w tak ciężkim czasie, to modlitwa, w której szukano pocieszenia i ratunku. Pacierze odmawiano każdy pojedynczo lub też w małych grupkach. Zdarzało się też nucenie pieśni religijnych. W czasie Świąt Bożego Narodzenia śpiewano cicho kolędy, bo tylko w ten sposób można było je uczcić. Nie było opłatka ani tradycyjnych dań religijnych. Dzielono się tylko kromką czarnego chleba. Tak ważne święta katolickie spędzaliśmy w atmosferze smutku i na głodno. We wszystkie święta kościelne, które wypadały w dni robocze, zesłańcy, zdolni do pracy, musieli pracować. Żadnych świąt religijnych władze sowieckie nie uznawały. Tylko w dwu przypadkach, w ciągu roku, nie pracowało się: l Maja i w dniu rocznicy Rewolucji Październikowej. W czasie wojny, nawet w nie-dzielę kazano pracować. Wśród zesłańców pojawiła się pieśń, nieznanego autora, opiewająca zsyłanie Polaków na Sybir, którą chętnie śpiewano. Zapamiętałem tylko jej początek: "Dnia 10 lutego będziem dobrze pamiętali, gdy przyszli Moskale i nas na Sybir wysłali" i dalej opiewana była cała gehenna podróży zesłańczej.

*

Po około 2 miesiącach tato powrócił ze szpitala. Radość z tego powodu była ogromna. Cieszyliśmy się, że ojcu udało się zaleczyć chorobę i znów przebywać z nami. Większość ran na nodze wygoiło się, pozostawiając po sobie blizny, a nie wygojone już nie ropiały, stopniowo zabliźniały się. Przywiezione ze szpitala bandaże i maść przyspieszały proces gojenia się. Nas najbardziej uradowały przyniesione kromki zasuszonego chleba. Ojciec w szpitalu nie dojadał, oszczędzał należny mu przydział chleba, chcąc się z nami podzielić. Gdy tato wracał do zdrowia, zaczęła chorować siostra, Helenka. Jej stan pogarszał się z dnia na dzień. Gdzieś w połowie zimy zaczęły tworzyć się poniżej uszu zgrubienia, spowodowane puchnięciem znajdujących się tam węzłów. Prycze nasze tej zimy znajdowały się przy samych drzwiach wejściowych do baraku, przy którym nie było przedsionka. Każde otwarcie drzwi, powodowało napływ lodowatego powietrza, ochładzającego ciała, doprowadzając do ciągłych przeziębień. Wszystko to, połączone z wycieńczeniem organizmu, niedożywieniem, nie napawało optymizmem. Cierpienie powodowane chorobą, siostra znosiła bardzo cierpliwie, nie chcąc potęgować zmartwień rodzicom. Po powrocie ojca, zima zelżała, silne mrozy ustąpiły. Po przebytej, długotrwałej chorobie - niezupełnie jeszcze wyleczonej - tato nie miał sił, aby podjąć ciężką pracę w lesie. Uwzględniając jego stan zdrowia, przydzielono mu początkowo pracę na osiedlu, przy cięciu piłą ręczną drzewa opałowego, potrzebnego dla stołówki i komendantury. Do pomocy w wykonywaniu tych czynności też się zaangażowałem. Dla zabezpieczenia niewygojonej nogi, przed ponownym przeziębieniem, owijał bandażami, różnymi owijakami, a stopy onucami, na które zakładał łapcie. Gdy zmarzliśmy, przerywaliśmy pracę, wstępowali do pobliskiego baraku celem ogrzania się. Powrót ojca a następnie podjęcie przez nas pracy, ulżyło naszej egzystencji. Za zarobione ruble mogliśmy znów zakupywać porcje przydzielonego nam chleba, codziennie wówczas już przywożonego, a nawet inne produkty spożywcze, sporadycznie przywożone do sklepu. Pozwoliło to, przynajmniej każdego wieczora, na zjedzenie trochę pokarmu.

Pod koniec zimy zdrowie siostry uległo pogorszeniu. Powstałe wcześniej zgrubienia na szyi poniżej uszu, powiększały się i zaczęły ropieć. Zabiegi mamy, polegające na okręcaniu i wygrzewaniu chorych miejsc, nie odnosiły skutku. Dziewczynka coraz bardziej męczyła się, miała trudności w oddychaniu i spożywaniu pokarmu. Konieczna była natychmiastowa pomoc lekarska, której na posiołku w ogóle nie było. Do Ałzamaju, gdzie mieszkał lekarz, bez zezwolenia nie można było udawać się, samowolne dotarcie do tej miejscowości było niemożliwe, ponieważ Helenka znajdowała się już w tym czasie w takim stanie wyczerpania fizycznego, że nie mogłaby odbyć pieszej podróży. Zaniesienie jej na plecach też nie było możliwe, ponieważ ojciec po chorobie nie miał na tyle sił. Nie było też w co siostry ubrać ani obuć, aby można było wybrać się z nią w podróż, tym bardziej, że było jeszcze chłodno. Pewnego dnia nastąpiło dalsze pogorszenie stanu zdrowia. Byłem wówczas też chory i pozostałem w baraku, a ojciec przebywał w pracy w lesie. Przed godziną południową nastąpił moment krytyczny. Helę zaczęło dusić w gardle, miała coraz większe trudności w oddychaniu. Byliśmy z mamą przerażeni, nie wiedzieliśmy co mamy robić, aby jej pomóc. Dziewczynka coraz trudniej oddychała, dławiła się, aż skonała. Nie spodziewaliśmy się tak szybkiej śmierci siostry. Rano, gdy ojciec wychodził do pracy, nie zanosiło się jeszcze na tragedię, a po południu już nie żyła. Tato po powrocie z pracy ujrzał mamę i mnie zapłakanych, z przerażeniem spojrzał w róg ścian baraku, gdzie zawsze na pryczy przebywała Hela. Zrozumiał przyczynę naszego stanu. Zamiast córki leżał jej trup. Reakcja jego na ten widok była dla mnie i dla mamy zaskoczeniem. Od czasów deportacji przeżył wiele ciężkich okresów. Między innymi, rok wcześniej, musiał przeboleć śmierć najmłodszego syna. Dotąd jednak wszystkie przeciwności losu znosił spokojnie, z opanowaniem. Na widok leżącej córki rozpłakał się, nie mogąc się uspokoić. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem mężczyznę tak zaszlochanego i zrozpaczonego. Całe swoje życie ciężko pracował dniami, a nawet nocami, aby trójce dzieci, które posiadał, stworzyć znośne warunki. W tym celu zbudował dom, zabudowania gospodarcze, spłacał długi, starał się, aby z tych 5 morgów ziemi ornej uzyskać jak najwyższe plony, potrzebne do wyżywienia rodziny, wygospodarowania pieniędzy na wszelkie wydatki. Zsyłka zniweczyła jego harówkę, zostaliśmy zepchnięci w odchłań, w której on, czujący swą odpowiedzialność za los rodziny, stał się człowiekiem bezradnym, nie mogącym zapobiec śmierci kolejnych dzieci. Sam też już znajdował się na krawędzi życia, od której uratowała go jakaś wyjątkowa troska felczera, kierującego ojca do szpitala. Do wyjątków bowiem należały przypadki, aby Polaków specperesieleńców kierować do tego rodzaju leczenia, do którego pretendowała olbrzymia ilość mieszkańców Gribanowej. Ta bezradność i beznadziejność naszego położenia nagromadziły ogrom goryczy, która teraz po śmierci Heli, musiała znaleźć u ojca swoje ujście. W dniu następnym tato wykonał z desek prowizoryczną trumnę i wykopał w zamarzniętej ziemi grób - podobnie jak to uczynił w ubiegłym roku po śmierci Tadzia. Mama znalazła jeszcze trochę czystego płótna, z którego uszyła sukienkę i ubrała w nią zwłoki swej córki. Trzeciego dnia po śmierci - już we trójkę - zanieśliśmy trumnę na cmentarz i pochowaliśmy moją siostrę. Obok grobu brata usypana została nowa mogiła. Moje rodzeństwo, brat i siostra, leżą obok siebie. Nie są tam osamotnieni.

W okresie rocznego pobytu Polaków na Gribanowej powstał nowy, wcale nie małych rozmiarów, cmentarz. Znaleźli tam miejsce wiecznego spoczynku wszyscy równieśnicy Tadzia, prawie wszyscy rówieśnicy 11-letniej Heli oraz osoby w podeszłym wieku. Nie brakowało też grobów ludzi młodych i średniego wieku. Do wyjątków należały rodziny, które przez ten rok pobytu na zesłaniu nikogo nie utraciły, były też i takie, u których wszyscy wymarli. Rodzice utracili córkę jedynaczkę, a ja siostrę. Wszyscy ją bardzo kochaliśmy, była miłą szczebiotką, bardzo uzdolnioną dziewczynką, wyróżniającą się w nauce w szkole w Dobrzanicy. Przeżyła 11 lat.

*

W kwietniu 1941 roku rozpoczął się drugi rok pobytu na zesłaniu w Gribanowej. Ci, którzy pozostali przy życiu, mieli poza sobą pierwszą, ciężką i okrutną zimę syberyjską. Ten okres pobytu należał niewątpliwie do najtrudniejszego przeżytego na zesłaniu. Poznaliśmy w tym czasie syberyjskie cztery pory roku i wszystkie uciążliwości związane z każdą z nich. Odtąd wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać w tych poszczególnych okresach czasowych i jak do nich dostosowywać się. Był to jednocześnie okres największych na zesłaniu strat istnień ludzkich, przede wszystkim dzieci, ludzi starych, a także osób w średnim wieku. Dowodem na tę okoliczność jest zestawienie osób i zgony wywiezionych mieszkańców mojej wsi, przedstawione we wspomnieniach. Wraz z powrotem wiosny wzrosła szansa na łatwiejsze przeżycie najbliższych miesięcy. Z doświadczeń z ubiegłego roku wiedzieliśmy już, jakie pożytki leśne będziemy mogli pozyskiwać dla celów spożywczych. Znaliśmy już pobliskie lasy i orientowaliśmy się, gdzie można poszukiwać roślin, grzybów, jagód. Nadal byliśmy odizolowani od świata. Niedostępna była prasa ani radio. Wraz z nadejściem wiosny, u dorosłych mieszkańców znów zaczęła odżywać nadzieja na polepszenie naszego losu. W niedługim czasie rzeczywiście nadzieja taka zaświtała.

*

22 czerwca naczalstwo oznajmiło o wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Dla Rosjan nie była to pocieszająca wiadomość. My, zesłańcy, fakt ten przyjęliśmy z wielkim zadowoleniem i nadzieją na zmianę naszego katorżniczego życia. Fakt starcia się zbrojnego dwóch zaborców Polski z 1939 roku był dla nas wielce wymowny. Nie ulegało wątpliwości, że Polacy z tego faktu muszą odnieść jakieś korzyści, zgodnie z zasadą - gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. W połowie sierpnia dotarła do Gribanowej wiadomość o zawarciu porozumienia pomiędzy Rządem Polski w Londynie a Rządem Sowieckim, na mocy którego zesłańcy Polski w ZSRR mieli stać się ludźmi wolnymi. Zniesiony miał być nadzór komendantury NKWD nad deportowanymi, którzy również będą mogli zmienić miejsce swego zamieszkania. W Związku Radzieckim zorganizowana zostanie Armia Polska. Tak pomyślnego rozwoju wydarzeń dla nas i to już na początku wojny niemiecko-radzieckiej nie spodziewali się zapewne nawet najwięksi optymiści. Radość wśród zesłańców była ogromna, wychudzone twarze poweselały, rozpoczęły się dyskusje, dzielenie się zasłyszanymi wiadomościami.

Reżim komendantury wobec Polaków zmiękł. Już bez obaw rozpoczęły się wędrówki do Ałzamaju, skąd przynoszono różne wiadomości. Dopiero wówczas dowiedzieliśmy się o istnieniu w Anglii Rządu Polskiego, którego Premierem był Gen. Sikorski. Generał był dla nas, zesłańców, bohaterem, człowiekiem, który potrafił diametralnie zmienić tak beznadziejne położenie deportowanych Polaków. Dziwić się tylko trzeba tym członkom rządu londyńskiego, którzy próbowali torpedować zawarcie porozumienia polsko-radzieckiego w lipcu 1941 roku i przekreślić możliwość ulżenia naszej doli. W tej sprawie zawarta jest znamienna wypowiedź premiera Rządu w książce pt. "Generał Sikorski", tom II autorstwa Olgierda Terleckiego, wydanej w 1983 roku, w której na stronie 6 czytamy: "W całym postępowaniu w tej sprawie - mówił Sikorski na temat zawarcia w lipcu układu - rządziłem się zasadą tworzenia faktów dokonanych, a nie względami, na jakie bądź formułki teoretyczne, pamiętając, że jest wojna i że przede wszystkim, chodzi tutaj o ludzi, o żywe nasze siły... Dla mnie w rokowaniach ze Stalinem, decydujące były względy taktyczne. Nie mieliśmy żadnego prawa do tego, aby przekreślać Polaków w Rosji. W dyskusjach o porozumieniu w Londynie, przewijały się argumenty, że nie ma co już o te masy ludzkie zabiegać, że są to już przeważnie ludzie skomunizowani, rzekomi komuniści, niebezpieczni, w wypadku jeśli wrócą do Polski... Ludzie ci, trzeba było ich widzieć i słyszeć, aby te argumenty ocenić, znają to rozumowanie i zachowują głęboki żal do tych, co tak łatwym sercem chcieli ich poświęcić".

Zesłańcy Syberii, Archangielska, Kazachstanu i wszystkich innych rejonów, dokąd zostali deportowani lub więzieni, winni są wdzięczność Gen. Sikorskiemu, za uratowanie życia tysiącom Polaków, przez zawarcie wspomnianego układu, czyniącego nas ludźmi wolnymi i umożliwienie przesiedlenia się olbrzymiej rzeszy rodaków do rejonów o warunkach bardziej sprzyjających do egzystencji ludzkiej. Żyjący jeszcze Polacy, byli zesłańcy i więźniowie różnych lagrów, w dowód wdzięczności winni zafundować i postawić olbrzymi pomnik Gen. Sikorskiemu w najpiękniejszym miejscu w kraju.

W drugiej połowie sierpnia i we wrześniu rozpoczął się na posiołku duży ruch. Młodzi mężczyźni - kawalerowie, wyjeżdżali do ośrodków, gdzie miało organizować się Wojsko Polskie, duża ilość mieszkańców Gribanowej postanowiła wyjechać do Kazachstanu, położonego w części południowo-zachodniej Syberii. Najprawdopodobniej wszyscy Polacy opuścili dotychczasowe miejsce przymusowego pobytu. W lesie gribanowskim, na pagórku cmentarnym, pozostali tylko ci, których kości na wieczność zostały złożone w tajdze syberyjskiej. Rodzice też postanowili opuścić dotychczasowe osiedle, ale przedtem udaliśmy się z tatą i mamą na groby śp. Tadeusza i Heleny, aby po raz ostatni pomodlić się na mogiłach naszych najukochańszych ofiar katorgi, oraz oddać hołd wszystkim, którzy odeszli od żywych w nieludzkich warunkach i spoczywają na gribanowskim cmentarzu.

Ałzamaj